Jan Kamiński pisze: jestem absolwentem, jestem przegrany?

Drukuj

Oto absolwent, którego indeks widziałem. Same b.dobre i celujące od góry do dołu. Poprosiłem go aby napisał reportaż o sobie samym. Napisał.   Mógłby być również świetnym dziennikarzem, ale nie ma pracy.

Ktoś może powiedzieć. Nie musisz być na utrzymaniu rodziców. Zmień plany. Wyjedź do Anglii… zmywaj naczynia. Pracuj w Polsce… w supermarkecie. Może Ci, którzy tak mówią mają rację. Ale ja chyba jeszcze nie jestem gotowy… na taką „zmianę planów życiowych”.

Skończyłem jedną z dwóch najlepszych polskich uczelni. Walcząc o miejsce na swoim kierunku studiów rywalizowałem z 12 innymi kandydatami.  Współzakładałem stowarzyszenie studenckie. Odbywałem staże, m.in. w międzynarodowych korporacjach. Od ponad roku nie mogę znaleźć pracy. Czuję się przegrany.

 Zdecydowałem się napisać ten tekst z trzech powodów. Po pierwsze, chcę na bazie  mojego doświadczenia oraz moich kolegów opowiedzieć, jak wygląda sytuacja zawodowa i życiowa znaczącej części młodego pokolenia. Po drugie, chcę wytknąć pokoleniu naszych rodziców  zaniechania, które przyczyniły się do sytuacji młodych. Po trzecie, chcę udowodnić, że nie należy wszystkich młodych bez pracy utożsamiać z grupą radykalnie roszczeniową, która nie ma pomysłu jak rozwiązać własne problemy.

 Kiedy w 2005 r. zaczynałem studia na naukach politycznych Uniwersytetu Warszawskiego (według wszystkich rankingów najlepszej politologii w kraju) byłem pełen dumy i wiary w przyszłość. Ze wszystkich stron słyszałem zapewnienia, że na absolwentów „polskiego Oksfordu” (sformułowanie to padło z ust mojego wykładowcy na jednych z pierwszych zajęć), ze znajomością języków obcych, odbywających staże, zaangażowanych w działalność społeczną, potrafiących sprawnie i logicznie analizować fakty i wyciągać wnioski, czekają bogate, pełne wyzwań ścieżki kariery. W mojej ówczesnej opinii ten obraz – przyjmując polską skalę – wiernie pokrywał się z obrazem, jaki zarysował przede mną kolega Anglik, absolwent tego prawdziwego Oksfordu. Według jego profesorów nie wszyscy absolwenci Oksfordu będą pracowali w „wyuczonym” zawodzie, ale wszyscy osiągną zawodowy sukces. Dlaczego? Oksford kształci określony, wyselekcjonowany typ młodych ludzi, poddaje ich myślenie swoistej „obróbce intelektualnej”, która zapewnia im wszechstronność,  umożliwiającą sprawdzenie się w różnych dziedzinach życia.

 Wydawało mi się, że twardo stąpam po ziemi. Brałem poprawkę na to, że Uniwersytet Warszawski to jednak tylko „polska wersja” Oksfordu . Ale byłem święcie przekonany, że mam podstawy sądzić, iż ta uczelnia wsparta moimi licznymi staraniami (jak staże i zaangażowanie społeczne), na polskim gruncie, zapewni mi taki sam start.

 I tak, mimo szalejącego kryzysu, w październiku 2010 r. wychodziłem na rynek pracy pełen optymizmu. Byłem posiadaczem dyplomu „polskiego” Oksfordu (obronionego na piątkę). Miałem za sobą staże, m.in. w międzynarodowych korporacjach. Co oczywiste, mówiłem w języku angielskim. Miałem na swoim koncie działalność społeczną (w tym założenie Studenckiego Stowarzyszenia, którego ambicją było zabieranie głosu w sprawach o największym znaczeniu dla Polski w horyzoncie najbliższych 10, 20 lat m.in. … w sprawie perspektyw zawodowych i życiowych młodych ludzi w dobie kryzysu).

 Co najważniejsze, miałem dla siebie plan. Chciałem pracować w biznesie. Za cel postawiłem sobie  marketing korporacyjny, pracę przy koordynacji projektów lub, w najbardziej optymistycznej wersji,  a przecież optymistom byłem od początku studiów, w goverment relations. Jednocześnie  chciałem kontynuować działalność społeczną – prowadzić Stowarzyszenie. Międzynarodowa korporacja miała nauczyć mnie zachodnich standardów pracy, kooperacji i zarządzania ludźmi. Z kolei praca społeczna – dalej rozwijać w „wyuczonym” zawodzie politologa. Cel był jeden – wykorzystując wiedzę teoretyczną z wykładów uniwersyteckich na politologii, doświadczenia z biznesu oraz działalności społecznej  –  zająć się aktywnością polityczną.

 Podobno jeżeli chce się rozśmieszyć Pana Boga, należy opowiedzieć mu o swoich planach…

 Dzisiaj mam 26 lat, od ponad roku szukam pracy. Wysłałem kilkaset CV i listów motywacyjnych, odbyłem kilkadziesiąt rozmów kwalifikacyjnych.

 Moim dorobkiem pochodzącym z tego okresu, nie licząc społecznej pracy dla Stowarzyszenia, jakie sam z kolegami zakładem,  są trzy dwumiesięczne staże w marketingu – w banku oraz dwóch specjalistycznych agencjach (każda z tych firm jest  w swojej dziedzinie renomowaną instytucją). W dwóch przypadkach pracowałem za darmo, w jednym za kilkaset złotych. Za każdym razem spędzałem w pracy 11-12 godzin na dobę. Za każdym razem projekt, którym się zajmowałem kończył się sukcesem. I za każdym razem nie przedłużano ze mną współpracy. Bynajmniej nie dlatego, że nie było zapotrzebowania na takiego pracownika jak ja. Ale dlatego, że na moje miejsce przyjmowano kolejnego stażystę, który za darmo albo za kilkaset złotych wykonywał tę samą pracę co ja.

 Nie wiem czy moje plany rozśmieszyły Pana Boga. Ale na pewno czuję się śmieszny. Bo śmieszny jest 26 letni mężczyzna, którego nadal utrzymują rodzice. Niestety, dorabianie pracami fizycznymi oraz chałturą „intelektualną” w rodzaju  pisania prac zaliczeniowych, w połączeniu z szukaniem docelowej pracy, nie pozwala się utrzymać samodzielnie.

(Nazwisko autora tego autoreportażu z oczywistych względów jest pseudononimem. Ewentualne oferty pracy np. dziennikarskiej proszę przysyłać na adres tego blogu. To nie żart. Na poważnie. KW)

(W przygotowaniu dalszy ciąg reportażu Jana Kamińskiego. Edytuję w najbliższych dniach)

Czytaj również