„Intruz” i „Pędrek”. Dwie dziennikarskie autobiografie

Drukuj

Obaj autorzy są znanymi dziennikarzami. Leopold Unger przede wszystkim dzięki swoim komentarzom w belgijskim „Le Soir” stał się jednym z najbardziej skutecznych adwokatów opozycji demokratycznej w latach 70-tych i 80-tych. Emigrant z Polski znał świetnie ludzi i realia. Jest z pewnością jednym z najlepszych zachodnich komentatorów tego, co działo w Polsce i całym bloku wschodnim. Rozdziały poświęcone latom 80-tym dostarczają więc wielu pasjonujących szczegółów.

Jego autobiografia jest jednak specjalnie ciekawa z jeszcze  innego względu: Leopold Unger przeżył wojnę w Rumunii i pod koniec lat czterdziestych wrócił do Polski. Zrobił w PRL wcale niebagatelną karierę dziennikarską. Przez pewien czas był zastępcą redaktora naczelnego „Życia Warszawy”, co było na tamte czasy pozycją wysoką. Oczywistym jest więc pytanie, jak odnosi się on – emigrant – do peerelowskiego etapu swojej biografii, w którym antykomunistą z pewnością nie mógł być i nie był.

———————————————————————————————–

Rec. Leopold Unger, Intruz, Warszawa 2001. Aleksander Jerzy Wieczorkowski, Mój PRL, 2001.

———————————————————————————————–

Otóż obszerne fragmenty jego autobiografii, w których opisuje się kształtowanie się jego poglądów, stosunku do PRL-u, zaangażowania, ale i narastającego krytycyzmu wydają mi się jednymi z najbardziej przekonywujących i ciekawych spośród tego, co w tej dziedzinie czytałem. Unger nawet przez chwilę nie udaje opozycjonisty. W PRL ocenia nie system władzy (którego ocena z perspektywy czasu jest dla niego zupełnie oczywista), ale podług konkretów, zachowania poszczególnych ludzi, poczucia przyzwoitości i konformizmu, który wymuszał system albo przekraczającej wszelką miarę nielojalności.

Unger w zniuansowany sposób ocenia ludzi, nie podług kryteriów ideowych lecz przestrzegania zasad elementarnej przyzwoitości:

Borowski nie był kamikadze, odwrotnie, był zdyscyplinowanym żołnierzem partii, ale udało mu się wypracować pewien nietypowy dla komunistów układ w redakcji. Choć człowiek władzy przecież, starał się nie stosować „terroru” ideowego.[..] (s.58) Byli solidni, można było, do granic ich własnego zagrożenia, na nich polegać. (s.61)

I posługując się taki kryteriami konkluduje:

Z odległej perspektywy widać też wyraźnie na bardzo wielu przykładach, że mając nieco poczucia godności, można było przejść przez „Zycie Warszawy” bez robienia świństw. (s.113)

Nie kryje swojej długo trwającej akceptacji, choć bez jakiejkolwiek żarliwości, dla PRL-u i zastanawia się nad przyczynami, dlaczego taką postawę przyjmował. Te fragmenty i wyjaśnienia wydają mi się szczególnie istotne i ciekawe. Autor nie unika, w sprawach które są drażliwe w postrzeganiu u każdego własnej biografii, problemów trudnych. Pisze o swoich motywach, niewiedzy, złudzeniach, przy czym nie usiłuje się usprawiedliwiać, mimo że z perspektywy późniejszego czasu, w którym pisze swoją autobiografię – postrzega krytycznie wiele z własnych wcześniejszych poglądów. Chciałoby się powiedzieć, że jest szczery, jednak brzmi to nieco banalnie. Lepszym określeniem będzie chyba [stwierdzenie, że] zdobywa się [na] intelektualny chłód i posiada umiejętność dystansu do samego siebie.

Leopold Unger daje niezwykle cenne świadectwa jakieś środkowej drogi między całkowitą negacją ustroju a bezmyślną czy też fanatyczną jego akceptacją. Zainteresowanie i fascynacje budzą często i przede wszystkim postawy skrajne – więźniów i męczenników systemu oraz jego katów, akolitów i ideologów. Leopold Unger nie należy do żadnej z tych kategorii i, dodajmy, ogromna większość tych, którzy w PRL żyli, również do nich nie należy. Każdy los jest jednostkowy i każda biografia na swój sposób wyjątkowa, zwłaszcza postaci o tak silnej osobowości jak Unger z jego pasjonującą, wielostronną dziennikarską karierą. I tak oczywiście jest w przypadku Leopolda Ungera. Motywacje i mechanizmy, które na własnym przykładzie opisuje wydają jednak powszechniejsze.

Opisuje też ewolucję, która prowadzi go do coraz bardziej krytycznej postawy do PRL-owskiej rzeczywistości.

Dopiero po pewnym czasie zacząłem w Warszawie docierać do źródeł prawdziwej wiedzy […] Powoli, w bardzo różnych okolicznościach, zacząłem spotykać ludzi, którzy doświadczyli soeityzmu na własnej skórze […] (s.111)

Lektura „Intruza” pokazuje jak długi jest okres dojrzewania człowieka i jego poglądów. Okazuje też, że na każdym etapie tego rozwoju potrzebna jest wewnętrzna uczciwość, mimo że z dystansu widać, że pogrążonym się było w niewiedzy a nawet może błądziło się. W ocenie autobiografii istotny jest nie tylko sam opis, co kto robił i czynił, ale jak to pamięta i jak potrafi ocenić własne zachowania, jak je rozumie i tłumaczy. Z tego punktu widzenia autobiografię Leopolda Ungera należy ocenić bardzo wysoko, przypominając jak często i łatwo przy tego typu pisarstwie popada się w megalomanię i egotyzm. Autorowi „Intruza” nie brak dumy ze swoich osiągnięć zawodowych i jest on świadomy, jak wielu ciekawych spraw doświadczył i że ma co opowiadać, jednak przywar owych negatywnych autobiografii udaje mu się uniknąć. A że jest świetnym dziennikarzem o analitycznym zmyśle, opowiada znakomicie podpatrując świetnie samego siebie na różnych etapach swego życia.

Autobiografia Aleksandra Jerzego Wieczorkowskiego „Mój PRL” zdaje się pisana inną metodą. Opowieść Wieczorkiewicza składa się z prawie samych anegdot, niekiedy znakomicie opowiedzianych.

Niestety nie wszystkie one są takie. Wielokrotnie czytelnik może mieć wrażenie, że są zmyślone lub powtórzone za kimś innym, czasem zaś trywialne. Zresztą autor prowokuje takie podejrzenia będąc w co najmniej kilku miejscach nieścisły lub popadając w konfabulację. Pisze na przykład, że w NRD nie mogło być takiej inicjatywy jak Akcja Pokuty (Suhnezeichne), gdy tymczasem wschodnio-niemiecka Akcja Pokuta istniała i dla stosunków polsko-niemieckich miała o wiele większe znaczenie niż ta na Zachodzie. Autor będąc kilkakrotnie w NRD nie interesował się wyraźnie środowiskami opozycyjnymi. Podobnie Wieczorkowski opisuje swój pobyt na „tajnej” jego zdaniem Fischer Insel w Berlinie Wschodnim, gdy tymczasem Fischer Insel to nic innego, jak dzielnica Berlina, zawsze łatwo dostępna, nawet w czasach NRD.

Opis jego rozmów czy też przesłuchań przez SB odpowiada raczej naiwnym opowieściom (bajka o złym i dobrym policjancie), jak one miałyby wyglądać, niż realiom znanym tym, które je przeżywali, czytelnik więc nabiera podejrzenia, że w przypadku Wieczorkowskiego nie miały one miejsca i autor dodaje jedynie nieco bohaterstwa swojej biografii lub miały one zupełnie inny przebieg.

Świat, który opisuje Wieczorkowski jest bohemiczny i karnawałowy. To świat kabaretów i lejącej się wódki, przy której opowiada się złośliwe dowcipy o komunistycznym systemie i jego głównych prominentach. Jest to świat swoistego intelektualnego marginesu, w którym poruszają się mistrzowie życiowego przetrwania. Czytelnik może mieć wrażenie asocjacji ze światem bohaterów opowiadań Marka Nowakowskiego, lecz w gruncie rzeczy jest ono jedynie powierzchowne. Na marginesie społecznym, jaki opisuje Marek Nowakowski kryją się resztki tłumionej w systemie komunistycznym wolności i ten świat-metaforę wypełniają postacie o często tragicznych i połamanych życiorysach. Świat Wieczorkowskiego w przeciwieństwie do tego jest niemal bukoliczny, on sam jest mistrzem dawania sobie radę w życiu, a ów bohemiczny i peerelowsko karnawałowy światek, niby będący na marginesie owego PRL-u, zadziwiająco zazębia się z wielkim światem partyjnych prominentów.

Autor akcentuje wielokrotnie swoje inteligenckie pochodzenie społeczne i co najmniej kilkakrotnie swój dystans do warstw „niższych”. Deklaruje też, „zostałem wychowany w atmosferze ostrego antybolszewizmu”.  Czytając „Mój PRL” dowiadujemy się, że autor był nieustannie wyrzucany z pracy za niepokorność, nonkonformizm, kpiny z ustroju i jego prominentów. Stylizuje się cały czas na opozycjonistę. Jakiś nieuważny czytelnik, mniemając jedynie po retoryce autora, mógłby dojść do wniosku, że ma do czynienia z jakimś głośnym dysydentem bloku wschodniego.

Nieustanna niemal żartobliwość to cecha stylu Aleksandra Wieczorkowskiego. Dowcip ceni sobie wysoko. Nazbyt nawet przenikliwy czytelnik spostrzeże jednak, że dowcip pojawia się tam, gdzie Aleksander Wieczorkowski pisze o najbardziej kontrowersyjnych momentach swojej biografii i gdzie przydałby się trochę poważniejszy ton.

Zacznijmy od tego, że choć Wieczorkowski jak deklaruje PRL-u nie lubił, był w nim nie gorzej ustawiony niż Leopold Unger. Do PZPR zapisuje jednak później, w okresie Marca’ 68 (a więc wtedy, gdy autor „Intruza” Polskę opuszcza), cieszy się poparciem Włodzimierza Sokorskiego, jest przez pewien czas sekretarzem „Miesięcznika Literackiego”, pisma o jednoznacznie pro systemowym nastawieniu, pracuje w l.70-tych w „Trybunie Ludu”, jest szefem programów kulturalnych Polskiego Radia, którymi nie kierowały osoby znane ze swoich antyustrojowych upodobań.

Na drogę opozycji wprowadza go dopiero współpraca ze Stefanem Bratkowskim w SDP w okresie pierwszej „Solidarności”, a następnie współpraca z podziemiem w latach 80-tych. Jest więc człowiekiem związanym blisko z systemem, który w pewnym momencie przechodzi na drugą stronę. Taka biografia nie stanowi w Polsce w żadnym wypadku wyjątku i trudno oceniać ją negatywnie, tym bardziej że w prosystemowym-partyjnym okresie swego życia Wieczorkowski nie należał bynajmniej do jakiś agresywnych propagandzistów. Można mu nawet wierzyć, że jego kpiarski stosunek do otoczenia sprawiać mu mógł niekiedy trudności w kontaktach ze sztywnym i pozbawionym poczucia humoru komunistycznym establishmentem.

Problem tkwi w stosunku znanego dziennikarza do własnej biografii. O ile zapisem Leopolda Ungera rządzi chłodny autokrytycyzm i dążenie do zrozumienia własnej drogi życiowej, dzięki czemu skłania on swoich inteligentniejszych czytelników do podobnego wysiłku, trudno to dostrzec u Wieczorkowskiego.

Przedstawia siebie jako osobę nieustannie niemal krzywdzoną przez system i żyjącej cały czas w wewnętrznej nań niezgodzie, gdy tymczasem podawane przez niego samego fakty wyraźnie temu przeczą. Opisuje swoje zaangażowanie w opozycję nie jako wynik jakiegoś ideowego przełomu lub jako wynik intelektualnego dojrzewania, lecz jako kontynuację swoich poprzedniej postawy. Między jednak pracą w „Trybunie Ludu” czy bycie protegowanym Sokorskiego a współpracą z podziemiem w l. 80 jest przepaść, a nie kontynuacja.

Szanowałem tych na szczytach [władzy – dop.KW] uznawałem za partnerów wielu, z którymi znajdowałem wspólny język, reszta to była mierzwa (s.134)

Wieczorkowski, będący w owej „antybolszewickiej” opozycji wewnętrznej, po drugiej stronie ma, jeśli wczytać się w jego tekst, prymitywny chłopski z pochodzenia aparat partyjny, moczarowców, endecję i antysemitów.

Ma też niechętny stosunek do tych, którzy niegdyś zaangażowali się w stalinizm a później byli działaczami odnowy.

[..] dzieliła mnie od nich nieprzekraczalna bariera – odmiennych doświadczeń historycznych. Oni przeżyli swój radosny „Sturm und Drang Periode”, za który wspólnie pokajali się i wspólnie przeżyli katharsis. Łączyło ich to, co nas od nich dzieliło: solidarne poczucie winy.(s.73).

Sam, jak piszę stracił cnotę, którą dało mu domowe „antybolszewickie” wychowanie.

Dom moich rodziców to był inny świat ,dość szczelnie izolowany od PRL. (s.135)Wyjaśniam; do PZPR wstąpiłem wiedziony pychą. (s.152) Ano chciałem i ma za swoje: partia mnie w końcu wypluła, ale cnoty nie odzyskałem (s.153)

W gruncie jednak rzeczy nie owej „utraty cnoty” nie traktuje poważnie, a tym bardziej poddaje namysłowi dlaczego się tak stało. Nie zauważa, że gruncie rzeczy, że jego biografia jest bardzo podobna do biografii nielubianych przez niego „pryszczatych”. Tamci też zmienili zdanie. On był w PZPR, gdy duża część pryszczatych PZPR już opuściła, a on potrzebował stanu wojennego, aby z partii wyjść. Nie wiadomo jednak, co dla człowieka myślącego jest gorsze – bycie pryszczatym w okresie, gdy nacisk i terror był ogromny, czy wejście do PZPR w okresie, gdy trudno było o złudzenia i powody do złudzeń, czym jest komunistyczny system. Pytanie to warto zadać, niezależnie od faktu, że krzywdy wyrządzone przez pryszczatych były bez porównania większe od tych wyrządzonych przez członków PZPR takich jak Wieczorkowski w okresie l.70-tych.

Owej przepaści między swoją postawą z lat wcześniejszych i latami 80-tymi Wieczorkowski zdaje się jednak nie zauważać. Może tak uczynić, ponieważ ma zawsze chłopca do bicia, który jest zawsze gorszy od niego. Posługuje się przy tym mitami, które bynajmniej nie są tylko jego wymysłem.

On sam, nawet jeśli był w PZPR i to na wysokich stanowiskach zmaga się z partyjnymi notablami, walczy o wolność wypowiedzi i prawo do własnych dowcipów z władzy. Po drugiej stronie są jednak nie tylko owi pozbawieni poczucia humoru notable ale i inne potwory – raz jeszcze wyliczmy listę antypatii autora „Mój PRL” – chłopi, antysemici, moczarowcy. Wieczorkowski z uogólniającą dezynwolturą pisze:

Nie był antysemitą, ale normalnym, standardowym Polakiem-katolikiem (s.215)

W innym miejscu:

Księża w Polsce wywodzą się niemal w stu procentach ze wsi, a ich genetyczny antysemityzm ludowy wzmacniany jest tradycyjnym stanowiskiem Kościoła wobec „zabójców Chrystusa” (s.142)

Niestety owe potępiania nie wydają się do końca autentyczne, nawet jeśli tkwić w nich może ziarno prawdy. Przede wszystkim Wieczorkowski nie zauważa, że staje się członkiem PZPR, gdy antysemityzm jest w tej partii powszechny.

Jego żywiołowe potępienia antysemityzmu i endecji brzmią jak nieświadome samousprawiedliwienie, że byli od niego jeszcze gorsi a nawet dużo gorsi. Potępia pryszczatych i nie usiłuje dopatrywać się w ich losach podobieństwa do własnego losu, ponieważ oni również maja być tymi gorszymi, który dokonywali znacznie gorszych od niego czynów.

Wszystko to robi takie wrażenie, że gdyby nie Moczar i antysemityzm to Wieczorkowski gotów byłby PRL zaakceptować, gorszym od komunistów są jacyś endecy, bowiem dla wielu prominentów takich jak Włodzimierz Sokorski znajduje autobiografista ciepłe słowa, nie ma zaś w całej jego biografii ani jednego „endeckiego” pozytywnego bohatera. Autor raz określa się, że jest człowiekiem lewicy, przy nader ogólnikowej definicji co to ma znaczyć, a właściwie tak ogólnej, że oznacza to, że lewicowiec to przyzwoity człowiek. Jeśli tak, to nie może dziwić, że każdy nie-lewicowiec (czyli również endek) przyzwoitym człowiekiem już być nie może.

Na koniec jednak Wieczorkowski rezygnuje nawet i z tej definicji oświadczając, że nie jest ani lewicowcem ani prawicowcem. Stwierdza, że jest „Pędrek wyrzutek” z opowiadania Stefana Themersona, która jest skrzyżowaniem kota i ryby (a więc drapieżności i łagodności, myśliwego i ofiary). Ironiczność tego samookreślenia odpowiada całości jego autobiografii. Jest to jednak ironia niebezpieczna i zdradliwa. Obecna silnie w polskim dyskursie publicznym i autobiograficznym zaciera granice prawdy i kontury moralnych postaw – jest intelektualną chorobą niszczącą tkankę powagi.

Autor „Mojego PRL” zdaje się niekiedy rozumieć dwuznaczność swojej biografii, gdy przytacza bolesną opinię o sobie wypowiedzianą przez jego matkę: Jakiś reżymowy pismak (s.136).

Lub gdy sam o sobie pisze: Takich jak ja Stalin nazywał pożytecznymi idiotami (s.229).

To jednak nie skłania go do pytania, skąd wziąć się mogła taka opinia. W zakończeniu książki napotykamy dość zaskakujący fragment:

Ludzie mego pokolenia, których działalność zawodowa przypadła na lata PRL, nie mają jakiejkolwiek powinności, mówiąc metaforycznie – świętowania rocznicy Manifestu Lipcowego. Przecież nasz dorobek, milionów urodzonych przed wojną w rodzinach inteligenckich, ziemiańskich, arystokratycznych powstał nie dzięki, ale mimo PRL. Nie przeżyłem awansu społecznego, lec z społeczną degradację i to w końcu powinni zrozumieć ci, którzy z racji przynależności do „klas przodujących” lub stania się drapieżnymi kotami wspinali się po rybich trupach do kociego raju (s.230)

Ten swoisty arystokratyzm Wieczorkowskiego (umieszczenie inteligencji, ziemiaństwa i arystokracji w jednym szeregu jako sierot po jakimś dawniejszych lepszych czasach) ma jednak szczególny posmak. Pisze:

Szanowałem tych na szczytach [władzy – dop. KW] uznawałem za partnerów wielu, z którymi znajdowałem wspólny język, reszta to była mierzwa (s.134)

Należy też zauważyć, że PRL „miliony urodzonych w rodzinach inteligenckich” doprowadzał w dużej mierze do degradacji materialnej, nie był jednak w stanie doprowadzić do degradacji moralnej czy intelektualnej u tych, którzy umieli sprostać trudnym czasom. „Ludzie z awansu społecznego” przynależący do „klas przodujących” (posłużmy się dość eklektyczną terminologią autora „Mojego PRL”) stali wobec takich samych wyzwań jak „ziemianie, arystokracja i inteligencja”. Dystans wobec systemu komunistycznego nie jest u nikogo przecież wynikiem samego tylko pochodzenia społecznego (choć może ono temu sprzyjać), lecz postawy moralnej, którą można zdradzić zarówno będąc chłopem jak i inteligentem. Wieczorkowski pisze:

W godzinie prawdy stanąłem po właściwej stronie (s.229)

Postawa Wieczorkowskiego od roku 1981 wskazuje, że tak jest w istocie. Pytanie jednak dlaczego ów moment, który sam on nazywa godziną prawdy nastąpił tak późno, czy cały poprzedni okres da się skwitować dowcipem i anegdotami. Wieczorkowski uważa się przy tym za kogoś lepszego, inteligenta, który zgodnie z polskim inteligenckim mitem nigdy nie traci obywatelskiej cnoty. Tylko, że mity nie zawsze są prawdziwe.

Unger jest polskim Żydem, intelektualistą o wyostrzonej samoświadomości, dlatego dużo łatwiej zdobyć mu się na krytycyzm wobec PRL (PRL mu to ułatwia będąc antysemickim) i samego siebie. Ciekawe i ważne w jego biografii jest to, że w Rumunii jako całkiem młody człowiek obraca się w kręgu ministra Becka oraz przedwojennych dziennikarzy ukształtowanych jeszcze w II RP. Pisze, jak dalece niektórzy z tych ludzi ukształtowali go i wpłynęli na niego. Patrząc na całą jego biografię można zobaczyć klamrę, która spina jego młodzieńcze lata i jego punkt dojścia, zachodniego i cenionego dziennikarza. Niezależnie więc od jego peerelowskiej kariery (piszę „niezależnie” a nie „wbrew” tej karierze) jest w jego postawie konsekwencja i upór, by nie porzucić elementarnych zasad dziennikarskiej profesji , a jego barwna postać jest świadectwem ciągłości najlepszego polskiego dziennikarstwa od czasów II RP aż do dzisiaj.

Wieczorkowski ma z krytycyzmem wobec PRL znacznie większe trudności, chyba m.in. ze względu na swoje czysto inteligenckie pochodzenie, które mitologizuje. Ma trudność do przyznania się, jak dalece oddalił się w pewnym okresie swego życia od tradycyjnego inteligenckiego etosu i swojej domowej „antybolszewickiej edukacji”. Charakterystyczny jest też nieco ironiczny, choć nie pozbawiony głębszego znaczenia tytuł autobiografii – „Mój PRL”. Istotnie PRL był dla Wieczorkowskiego miejscem, w którym się zadomowił.

Leopold Unger nie mógłby natomiast zatytułować swojej biografii „mój PRL”. Tytuł brzmi „Intruz”. Żył do czasu w PRL, też był członkiem PZPR i choć nie pracował w „Trybunie Ludu”, „Życie Warszawy” z pewnością nie było ideologicznie niewinne, ale potrafi się o swojej karierze znakomicie i krytycznie wytłumaczyć. Zresztą nie ma potrzeby, aby się aż tak wiele tłumaczył. Przypuszczam, że gdyby sięgnął do tekstów (mnie wystarczy jego autobiografia) z tamtego czasu, nie ze wszystkich byłby zadowolony, to jednak jest wiarygodnym świadkiem historii, który rozumie i świetnie opisuje własne uwikłania.

Wieczorkowskiemu możnaby z pozoru brak, takiej jak u Ungera, pogłębionej autorefleksji wybaczyć. Jego temperament namiętnego anegdociarza nie sprzyja takiej refleksji. Trudno to jednak uczynić, gdy autor „Mojego PRL” stawia się ponad „normalnymi Polakami” (niezależnie od tego, czy są oni Polakami-katolikami czy zwyczajnie ludźmi, którym przypadło żyć w PRL) i potępia ich i gani, podczas gdy ich grzechy w PRL nie musiały być większe od jego własnych.

Tekst publikowany równolegle w  Obserwatorze  Konstytucyjnym .

Czytaj również